8.11.2015

Capitulo 47

     
Rozdział dedykuję CallMeMrsBlanco

     Kolejne dni były dla mnie koszmarem. Każdego dnia wmawiałam sobie, że nie czekam na jakąkolwiek wiadomość ze strony Jorge'a, ale kiedy tylko kładłam się do łóżka, wybuchałam gorzkim płaczem, zdając sobie sprawę, że kolejny dzień skończył się bez ani jednego słowa od niego. Sądziłam, że spróbuje naprawić nasze relacje, będzie się starał odzyskać moje zaufanie. Myliłam się. Ale czy to nie jest to czego chciałam?
     Osoby, przebywające ze mną martwili się o mnie. Lodovica, Clement i Diego odwiedzali mnie prawie każdego dnia. Wiedzieli co się stało. Często próbowali mnie rozśmieszać. Starałam się pokazać im, że nie jest ze mną aż tak źle, ale nie mogłam nie dostrzec zaniepokojenia widocznego w ich oczach.
     To było ponad moje siły. Wewnątrz mojego serca tkwiła dziura, której nikt nie był w stanie wypełnić. Przechodziłam przez to każdego dnia. Zmuszałam się do codziennego wstawania, jedzenia, wykonywania obowiązków, uśmiechania się - zwłaszcza przy przyjaciołach. Starałam się ignorować to, co czułam w środku. Ale gdy tylko zamykałam oczy, pod moimi powiekami natychmiast pojawiał się obraz ukochanego.
     Schudłam i prawie w ogóle nie spałam. Najczęściej zasypiałam dopiero nad ranem, ale mój sen nigdy nie trwał wystarczająco długo.
     Tęskniłam za drżeniem jego głosu gdy wymawiał moje imię. Brakowało mi dotyku jego rąk i ust. Próbowałam wymazać z pamięci smak jego pocałunków, ale są rzeczy, których dziewczyna nigdy nie zapomni.
     Obudziłam się pewnego ranka z potwornym bólem brzucha. Byłam rozgrzana i spocona. W chwili kiedy ocierałam wilgoć z czoła, poczułam skurcz w żołądku, tak bolesny, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Z ręką na ustach pobiegłam do łazienki.
     Czułam się fatalnie. Siedząc na podłodze oparłam czoło o zimną posadzkę. Po krótkiej chwili moim ciałem wstrząsnęła kolejna fala torsji.
     Kiedy nabrałam pewności, że jest mi już lepiej, spróbowałam niezdarnie wstać, żeby opłukać usta. Zaczęłam również gorączkowo myślać, nad tym, co takiego mogłam poprzedniego dnia zjeść. Do głowy nie przychodziło mi nic szkodliwego. Kiedy wytarłam już sobie twarz, sięgnęłam po gumkę i spięłam nią sobie włosy.

     Dryń, dryń, dryń. 

     Nagle moich uszu dobiegł znajomy dźwięk dzwoniącego telefonu. Z ociąganiem wróciłam po niego do sypialni.
     - Halo? - zapytałam słabym głosem.
     - Tini! - zapiszczała mi do ucha Lodovica. - Nie możesz już dłużej siedzieć w domu! To niezdrowe. Pakuj strój kąpielowy, za kilka minut u ciebie będę. Idziemy na basen! - głos dziewczyny był tak głośny, że aż musiałam oddalić telefon od ucha.
     - Wybacz, Lodo, ale nie mam ochoty - powiedziałam szczerze. - Dopadła mnie grypa żołądkowa i w dodatku powinnam dzisiaj dostać okres. Dzisiaj nie zamierzam pokazywać się na żadnych basenach, a tym bardziej publicznych. 
     - To samo mówiłaś w zeszłym tygodniu! - oburzyła się przyjaciółka. - No chyba, że ty co ty tydzień dostajesz okres.    
     - Słucham? - nie wiedziałam, o co jej chodzi.    
     - Tydzień temu również chciałam iść z tobą na basen. Wiesz jaka była twoja wymówka? Miesiączkowanie. Lepiej powiedz prawdę, że nie masz ochoty nigdzie wychodzić. - zamarłam, słysząc słowa przyjaciółki. Gorączkowo zaczęłam liczyć w głowie dni.  
      - Tini, czy wszystko z tobą porządku? - zapytała zaniepokojona Lodovica.  
      - Który dzisiaj jest? - zdołałam z siebie w końcu wydusić.    
      - Ósmy, dlaczego pytasz?    
     Poczułam jak oblewa mnie zimny pot. Nie mogłam się nawet poruszyć. Pokręciłam nerwowo głową. To niemożliwe! Przecież cały czas regularnie brałam tabletki! 
     - Lodovica, co może oznaczać spóźnianie się okresu o tydzień, jeśli zawsze dostawałam go o tej samej porze? - w telefonie zapanowała długa cisza. 
     W zasadzie znałam odpowiedź na to pytanie. Nie trzeba było być lekarzem, żeby domyśleć się, co mi dolega.
     - Tini? - usłyszałam jej zmartwiony głos.
     - Tak?
     - Zaraz u ciebie będę - powiedziała szybko, po czym się rozłączyła. 
     Odłożyłam telefon na szafkę i instynktownie dotknęłam swojego brzucha przerażona. Nie, to nie może być prawda... Moje serce trzepotała z ogromną siłą, ręce zaczęły się trząść. Powolnym ruchem sięgnęłam do szufladki, szukając tabletek. Nie  mogłam uwierzyć, że nie uchroniły mnie one przed ciąża. Miałam wielką ochotę rzucić nimi wściekle przez cały pokój. Po co produkują coś, co nie działa? Wyciągnęłam ulotkę, czytając po raz kolejny jej treść. „Badania naukowe, jakim poddano nową pigułkę antykoncepcyjną, potwierdzają jej wysoką skuteczność. W trwającym 26 cykli badaniu porównawczym, w 11 165 cyklach stosowania preparatu wystąpiły jedynie dwie ciąże, przy czym jedna z nich została przypisana nieprzestrzeganiu zasad antykoncepcji przez pacjentkę, czyli na przykład pomijaniu tabletek.” Czy mogłam mieć tak wielkiego pecha? 
     Włożyłam ulotkę z powrotem do pudełka i podeszłam do lustra. Nadal miałam na sobie jedwabne szorty i koszulkę na ramiączkach, w które przebrałam się do snu. Zsunęłam odrobinę spodenki, podciągnęłam koszulkę i przyjrzałam się swojemu brzuchowi, nie zauważając żadnej różnicy. 
     - To niemożliwe - szepnęłam. 
     Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Domyślając się, że to Lodovica, poszłam wpuścić dziewczynę do środka. Nie myliłam się. Już po chwili stała przede mną zatroskana przyjaciółka z jakąś siateczką w ręce. 
     - Martina, jak to się mogło stać? Nie zabezpieczaliście się? - wypaliła od razu, sprawiając wrażenie bardzo zatroskanej. - Myślałam, że Jorge jest bardziej rozsądny. 
     - Uspokój się! Wcale mi nie pomagasz - oburzyłam się. - Brałam tabletki.
     - Nic z tego nie rozumiem. Może brałaś cokolwiek, co mogło osłabić ich działanie. Przecież nie mogły po prostu... nie zadziałać. 
     Pokręciłam przecząco głową. Moja mama była lekarzem, więc doskonale wiedziałam, że niektóre leki mogą powodować zmniejszenie skuteczności stosowanej antykoncepcji. Popatrzyłam na Lodovicę zaszklonymi oczyma. Ja również tego nie pojmowałam. Wszystkiego mogłam się spodziewać, ale na pewno nie niechcianej ciąży.
     - Jest tylko jeden sposób, dzięki któremu zyskamy pewność - mówiąc to, wcisnęła mi w dłoń tajemnicze pudełko.
     - Test? – szepnęłam, czując jak z mojej twarzy odpływa cała krew. 
     - Wiesz co z tym zrobić.  
     - Ale ja nie chcę - przyznałam zdenerwowana, kurczowo ściskając podłużne pudełko. - Nie wiem czy jestem gotowa poznać prawdę. 
     - Przeciąganie tego w nieskończoność nic nie da - odparła poważnie. - Nawet mnie nie denerwuj! W tej chwili wchodź do tej łazienki!
     Westchnęłam ciężko, próbując zebrać odwagę w sobie. Czułam zagubiona i przestraszona. A co jeśli okaże to się prawdą? Co ja wtedy zrobię? Przecież ja doskonale wiem co wtedy zrobię. Urodzę to dziecko i będę je kochać. Nie potrafiłabym dokonać aborcji. Jak w transie, potykając się, idę do toalety. 
     Kiedy wróciłam, zauważyłam, że Lodovica usiadła na kanapie w salonie. Gestem pokazuje, abym się pospieszyła. Siadam obok niej i bez słowa podaje jej plastikową pałeczkę. 
     Spojrzałam na nią wyczekująco. Mogłam usłyszeć bicie własnego serca. Miałam wrażenie, że czas zaczął uciekać coraz wolniej. Prawie dusiłam się z napięcia. Nagle w na teście zaczęły się przejaśniać fioletowe kropeczki, tworząc wyraźny drugi pasek. Przełknęłam głośno ślinę. Przybliżyłam do siebie test jeszcze bliżej, przyglądając mu się badawczo. 
     - Lodo, proszę powiedz mi, że widzę podwójnie, że te dwie kreseczki to tylko wybryk mojej wyobraźni. Tu jest tylko jedna kreseczka, prawda? - zapytałam z nadzieją. 
     Widziałam, że zawahała się przez moment. W końcu podniosła na mnie wzrok. Spojrzenie ma poważne, czym odebrała mi całą nadzieję.
      - Nie, Tini. Tu naprawdę są dwie kreseczki.. 
__________
Cześć. Mogłabym zacząć od przepraszania, ale ani ja nie mam siły tego pisać, ani pewnie wam się tego nie chce czytać. Zacznę więc od powiedzenia napisania, że wróciłam. Chyba już na dobre. Ktoś się cieszy? Pewnie nikt xD Rozdziały tak jak zapowiadałam postaram się dodawać regularnie co dwa tygodnie. Mogą one czasami być krótsze, ale to tylko dlatego, że mam dużo nauki. Druga liceum to naprawdę sporo pracy T.T 
Cały rozdział poświęcony jednemu wątkowi. Mam nadzieję, że na początek to wam wystarczy ♥ Mam prośbę do wszystkich, którzy jeszcze to czytają. Napiszcie w komentarzu chociaż jedno słowo, chcę wiedzieć ile was tu jeszcze jest. To dla was chwila, a dla mnie informacja czy powinnam dalej ciągnąć tą historię (bo z bloga nie zrezygnuję). 
Kocham Was ♥

14.09.2015

Capitulo 46


Rozdział dedykuję Hana'ie

    W nocy prawie w ogóle nie spałam. Przekręcałam się z boku na bok, dryfując pomiędzy jawą, a snem. Tuż przed siódmą, postanowiłam w końcu wstać. Przetarłam oczy, z których większa część opuchlizny zdążyła już zejść. 
     Wygrzebując się z łóżka, poczułam, że na mojej szyi znajduje się jakiś kabel. Ach tak, słuchawki od iPoda, przy którego słuchaniu musiałam zasnąć. Muzyka wciąż była podkręcona cały regulator, po to by zagłuszyć myśli. Wyłączyłam ją, a urządzenie schowałam do szuflady. 
     Zdjęłam ubrania i weszłam pod prysznic, nie zdejmując bransoletki, którą dostałam od Jorge'a zaledwie kilkanaście dni temu. Miałam wrażenie, że od tamtego momentu minęła cała wieczność. 
     Wczoraj, po wyjściu Galana, który pocieszał mnie do późna, wyjęłam ją z pudełka na biżuterię i co chwila przejeżdżałam po niej opuszkami palców, przypominając sobie dotyk jego dłoni na moim rozgrzanym ciele. 
     Odkręciłam gorącą wodę, starając się utrzymać na nogach i nie upaść na kafelki. Umyłam również włosy, które po wysuszeniu, związałam w wysoki kok.
     Udałam się do kuchni. Zrobiłam sobie kawę i usiadłam na jednym z krzeseł przy stole. Przede mną leżało wypełnione do połowy wypowiedzenie. Napisanie go wydawało mi się dobrym pomysłem. Wczoraj długo nad tym myślałam, aż w końcu zdecydowałam, że będzie to najlepsze rozwiązanie. Popijając kawę, uzupełniłam puste rubryki. 
     Sprawdziłam godzinę. Dochodziła za piętnaście ósma. Nie chcąc się spóźnić, zabrałam jeszcze batonik zbożowy i z torebką w jednej ręce wyszłam z mieszkania.

***

    Miałam przejść przez ulicę, gdy zobaczyłam Jorge'a idącego z Blair. Trzymał rękę na jej smukłych plecach i prowadził do jego czarnego, eleganckiego samochodu. Ona się uśmiechała, natomiast jego twarz była nieprzenikniona. Zaszokowana nie mogłam się ruszyć, ani odwrócić wzroku. Stałam na środku zatłoczonego chodnika, a mój żołądek zwijał się z żalu, złości i gniewu. Czułam się tragicznie.
      Blanco otworzył przed blondynką drzwi od strony pasażera. Zanim wsiadła do środka, dłonią musnęła jego policzek. Jego reakcja zaskoczyła mnie. Poczułam jak robi mi się nie dobrze, na widok jego szelmowskiego uśmiechu. 
      Mężczyzna obszedł samochód, ani razu nie spoglądając w moją stronę. Nie minęła ani minuta, a zniknęli na końcu ulicy. Kiedy oszołomienie minęło, wygładziłam spódnicę, wzięłam głęboki oddech i jak gdyby nic się nie wydarzyło, spokojnym krokiem ruszyłam w stronę wejścia do budynku. 
     
     Odpowiadanie na maile i dzwonienie do kilku miejsc trochę oderwało moje myśli od tego, co się wydarzyło podczas ostatniej doby. Po jakiejś godzinie od mojego przybycia, usłyszałam dźwięk windy. Jej drzwi się rozsunęły. Podniosłam wzrok znad monitoria i moim oczom ukazał się nie kto inny jak Jorge.
     Miał na sobie nieskazitelny ciemny dwurzędowy garnitur, idealnie zestawiony z odrobiną koloru w postaci czerwonego, jedwabnego krawata. Wydawał się spokojny i rozluźniony. Natomiast ja cała się spięłam.
     - Dzień dobry, panie Blanco - wróciłam do napoczętego e'maila, mając cichą nadzieję, że powita mnie wyłącznie krótkim skinieniem głowy.
     Tymczasem on podszedł do mojego biurka, oparł się dłońmi o jego blat i cierpliwie czekał, aż odwrócę wzrok od monitora.
     - Czyżby? Dzień dobry, panno Stoessel? Byłby dobry, gdybyś odbierała moje telefony - rzucił z wyrzutem, na co zmierzyłam go zimnym spojrzeniem.
     - Odebrałabym, gdybym była pewna, że to ty dzwonisz, a nie Blair - odparłam z ulgą stwierdzając, że głos mi nie drży.
     Szatyn kilkakrotnie zamrugał powiekami, nie wiedząc co powiedzieć. Uśmiechnęłam się triumfalnie. Gdy po chwili otrząsnął się z zaskoczenia, wszedł do swojego biura, z głośnym hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.

     Po kilku godzinach pracy przy komputerze, drzwi windy ponownie się otwierają. Wzięłam głęboki oddech przed odwróceniem się do gościa z wymuszonym uśmiechem. Nie spodziewałam się ujrzeć Diego'a z dwoma parującymi kubkami, które trzymał w rękach.
     - Cześć, Tini - postawił kubki na moim biurku. - Cafe latte dla ciebie i czarna kawa dla mnie - wiedział dokładnie co lubię.
     - Dziękuję.
     - Nie ma za co - sięgnął do swojej torby. - Tu jest poczta dla Jorge'a. Niestety przyszedłem tylko, żeby Ci to dać. Muszę już iść. Przełożony na mnie czeka.
     - Nie ma sprawy. Jeszcze raz dziękuję za kawę. Do zobaczenia - uśmiech zniknął z mojej twarzy, dopiero, gdy drzwi windy się za nim zamknęły.
     Poczta. A to oznacza, że muszę do niego iść. Przełknęłam głośno ślinę. Nie miałam na to ochoty, ale jeśli muszę oprócz listów dam mu coś jeszcze.
     Otworzyłam szafkę i wyciągnęłam z niej torebkę, w której znajdowała się teczka z wypowiedzeniem i kluczyki do mieszkania szatyna. Złożyłam dokument i włożyłam go do pustej koperty wraz z kluczykami. Bransoletkę, która obecnie ozdabiała mój nadgarstek, postanowiłam sobie zostawić.
     Odetchnęłam głęboko kilka razy, zapewniając samą siebie, że dobrze robię. Wstałam z krzesła, podeszłam pod szklane drzwi biura Jorge'a i nacisnęłam klamkę. Wchodząc do środka, czułam jak mój żołądek wywraca się do góry nogami.
     Mężczyzna podniósł głowę znad papierów i spojrzał na mnie pytająco.
     - Poczta - odparłam, wzruszając ramionami.
     Podeszłam bliżej niego i położyłam mu na biurku kilka kopert. Ku mojemu niezadowoleniu, zaczął je przeglądać. Jak mogłam się domyślić, zaciekawiła go ta, która nie była zaadresowana. Otworzył ją, wysypując zawartość na blat.
     - Co to jest? - zapytał, nie odrywając spojrzenia od złożonej kartki.
     - Kluczyki - odpowiedziałam, wykorzystując to, że na mnie nie patrzył.
     Na jego twarzy zauważyłam cień zarostu. Zaskoczył mnie. Do tej pory był zawsze idealnie ogolony. Marynarka wisiała na oparciu jego krzesła. Rękawy białej koszuli były lekko podwinięte, a krawat poluzowany.
     - Nie o nie mi chodzi - gdy tylko rozłożył wypowiedzenie, jego twarz stała się kredowobiała. Przez chwilę patrzył to na mnie, to na dokument, nie mogąc zdecydować co bardziej go wytrąciło z równowagi.
     - Nie możesz odejść.
     - Nie? To patrz - odwróciłam się na pięcie, z zamiarem wyjścia z pomieszczenie.
     Niestety Jorge był szybszy. Zanim zdążyłam podejść do drzwi, podszedł do mnie, a jego ręka zacisnęła się wokół mojego ramienia, brutalnie mnie odwracając. Straciłam równowagę, uderzając w jego klatkę piersiową. Wykorzystał to, zawijając dłonie wokół mojej talii. Podniosłam głowę i spojrzałam prosto w jego szmaragdowe oczy.
     - Zostaw mnie.
     - Najpierw mnie wysłuchaj.
     - Nie. Puść...
     Nagle pocałował mnie. Jego miękkie usta przywarły do moich. Zanim zorientowałam się, co się dzieje wzmocnił uścisk tak, żebym nie mogła się ruszyć. Nie mogłam go powstrzymać. Przez krótką chwilę nawet nie chciałam. Zaczęłam też chyba przez ułamek sekundy odwzajemniać jego pocałunek, ponieważ przyciągnie między nami było ogromne.
     Było w tym coś desperackiego. Jakby mnie potrzebował, bez względu na wszystko, właśnie teraz. Jednak to był koniec, te drzwi zostały zamknięte. Nie miało znaczenia, ze byłam w nim szaleńczo zakochana. Liczyło się to, że mnie oszukał. 
     Położyłam ręce na jego twarzy i spróbowałam go od siebie odsunąć. 
     - Jeszcze nie skończyłem...
     - Ale ja tak! - rozwścieczona strzeliłam go w twarz z całej siły, aż odwrócił głowę. - Puść mnie. Nie chcę Cię więcej widzieć. Chcę żebyś wiedział, że sam jesteś sobie winien. To przez to jak mnie cholernie źle potraktowałeś, rozwaliłeś moje serce na milion małych kawałeczków.
     - Przestań - jego głos był cichszy niż szept.
     - Nie, to ty przestań.
     - Martina, proszę. Nie odchodź. Zostań. Potrzebuję cię.
     - Tak jak wczoraj potrzebowałeś towarzystwa Blair - zadrwiłam. - To koniec. Nie dzwoń do mnie, nie przychodź. Zachowuj się tak jakbyśmy się nigdy nie spotkali - to mówiąc, zostawiłam go samego z czerwonym śladem na policzku.
___________
W końcu. Nie miałam w ogóle na niego pomysłu. Przyznam się, że źle mi się go pisało, dlatego nie zdziwię się, gdy wam się nie spodoba.

17.08.2015

Capitulo 45

Rozdział dedykuję Sheili

       Odwróciłam się, aby móc spojrzeć jej prosto w twarz.
     - No co? Nie możesz mieć o to do mnie pretensji - jej uśmiech złagodniał. - Jest piękny i bogaty. To połączenie, któremu nie można się oprzeć.
     - Czy ja się nie przesłyszałam? Czyli zależy ci tylko na jego pieniądzach - prychnęłam z odrazą, kręcąc głową.
     - Nie. Tu nie chodzi o pieniądze, a o jego sposób bycia. 
     - Miał ci się oświadczyć.
     - Tak, a ja głupia uciekłam. Uważam to za największą pomyłkę swojego życia - oznajmiła, sięgając dłonią do szyi, dotykając jej długimi palcami. - Byłam młoda i w pewien sposób Jorge mnie przerażał. Ale dopiero we Francji zdałam sobie sprawę, że popełniłam ogromny błąd.
     - I przyjechałaś tutaj, chcąc go naprawić? 
     Jej odpowiedź była szybka:
     - Tak.
     - Zdajesz sobie sprawę, że on ma dziewczynę?
     - To nie jest dla mnie problemem. Powinnaś wiedzieć, Martino - zaczęła, patrząc na mnie dużymi, jasnoniebieskimi oczami - że Jorge powiedział mi jak ważną rolę odgrywasz w jego życiu. Jednak to mi wcale nie przeszkadza. Już raz mnie pokochał, drugi to tylko kwestia czasu - gdy tylko te słowa opuściły jej usta, zamarłam.
     Nie byłam w stanie wydusić ani słowa. Blair zaskoczyła mnie. Chciałam być silna. Chciałam pokazać blondynce, że jej słowa nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Ale nie potrafiłam tego zrobić. Jedyne na co było mnie stać, to odejść i zachować resztki godności.
     - Przepraszam - rzuciłam i rozejrzałam się za ukochanym.
     Po chwili dostrzegłam go przy barze. Ruszyłam więc w tamtym kierunku. 
     Dotarłam do niego akurat w momencie, kiedy odwracał się od barmana z dwiema szklaneczkami w dłoniach. Złapałam jedną z nich i wychyliłam z takim rozmachem, że zabolały mnie zęby, gdy uderzyły o nie kostki lodu.
     - Tini - zaczął z nutką napomnienia, chociaż na jego twarzy widniał szeroki uśmiech.
     - Wychodzę - oznajmiłam beznamiętnie, odstawiając pustą szklankę na ladę. 
     Jorge gwałtownie nabrał powietrza, a jego twarz stała się bledsza. Chociaż może to wina oświetlenia...
     - Co? Dlaczego? Zrobiłem coś nie tak?
     - Nie, Jorge, nic nie zrobiłeś - zadrwiłam.
     - O co ci chodzi? - złapał mnie za ramię.
     - O co mi chodzi? To nie ja cię okłamuję. Mówiłeś, że związki to nie twoja bajka. Że nigdy wcześniej żadna kobieta, nie wyzwoliła w tobie takich emocji jak ja. A właśnie przed chwilą dowiedziałam się, że prawie się zaręczyłeś.
     Teraz miałam pewność, że to nie światło sprawiło, ze twarz szatyna stała się kredowobiała. Zacisnął zęby i spojrzał za mnie, wściekle lustrując kogoś wzrokiem. Mogłam się domyślić, że chodzi o Blair.
     - Martino - w jego ustach moje imię brzmiało spokojnie i zmysłowo. - Ja... ja nie potrafię Ci tego wyjaśnić - podszedł bliżej i końcówkami palców przesunął po moim ramieniu. 
     Pod wpływem jego dotyku, na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. Prawie poddałam się temu uczuciu, jednak w ostatniej chwili zdążyłam się opamiętać. Zmierzyłam go wzrokiem i odsunęłam się minimalnie. 
     - Nie rozumiem co mi chcesz wyjaśniać. To jest proste. Okłamałeś mnie - powiedziałam z wyrzutem.
     - O co ci chodzi, Tini? - złapał moje ramię. - To nie jest powód, byś tak po prostu wyszła.
     - Nie jest? - wpatrywałam się w miejsce, w którym jego ręka mnie trzymała. - Ufałam ci. Obiecałeś, że mnie nie skrzywdzisz. 
     - Nie skrzywdziłem Cię - jego twarz była opanowana, a głos cichy i spokojny. 
     Gdyby ktokolwiek przyglądał się naszej rozmowie, nie byłby w stanie domyślić się, jak wielkie napięcie rosło między nami. Ale ja widziałam furię w jego oczach. 
     - To dlaczego czuję się wykorzystana i niepotrzebna? - zapytałam, po dłuższej chwili wahania. 
     - Tyle razy ci powtarzałem, że cię potrzebuję. Blair to przeszłość - przerwał, by po chwili dodać: -Tylko ty się liczysz.
     - Ale to nie zmienia faktu, że mnie okłamałeś. W tej chwili nie mogę na ciebie patrzeć. Przykro mi - odwróciłam się i prawie biegiem ruszyłam ku wyjściu.
     Tym razem mnie nie zatrzymał. Jego dłoń nie odnalazła mojego ramienia. Z jednej strony byłam za to wdzięczna. W końcu sama tego chciałam. Ale z drugiej strony coś mnie zabolało.
     Pozwoliłam, by łzy opuściły moje oczy, zmywając makijaż. Czarne smugi spływały po moich policzkach, aby po chwili spocząć na moim ubraniu, zostawiając po sobie ciemne plamy. Zamglony wzrok utrudniał mi widoczność. Jednak to nie powstrzymało mnie przed opuszczeniem lokalu.

***

       Blair to przeszłość. Te słowa krążyły w mojej głowie od jakiś kilkudziesięciu minut. Tylko ty się liczysz. Tak bardzo chciałabym w to uwierzyć, ale nie potrafię.
     Strach jest silniejszy ode mnie. A jeżeli to wszystko kłamstwa? Jeżeli tak naprawdę byłam jakimś rodzajem pocieszenia? Nigdy nie powiedział mi co tak naprawdę do mnie czuje. Potrzebuję Cię. I nic więcej.
     Spojrzałam w lustro. Opuszkami palców dotknęłam swojego policzka. W odbiciu widziałam zupełnie inną osobę. Nie byłam tą samą Martiną. Odkąd poznałam Jorge'a stałam się bardziej pewna siebie, świadoma swoich kobiecych wdzięków. Wcześniej nie zależało mi na zwróceniu uwagi płci przeciwnej. Wręcz przeciwnie. Starałam się być jak najmniej widoczna.
     - Martina? Wszystko w porządku?
     - Tak - podeszłam do drzwi, otworzyłam je i wyszłam na korytarz, stając przed szatynem. - W jak najlepszym.
     - Na pewno? - zapytał, a ja nie mogłam go siebie dłużej oszukiwać.
     Po raz kolejny tego wieczoru dałam upust swoim emocjom. Mężczyzna widząc to, otoczył mnie ramionami. Słone łzy moczyły jego koszulę, ale nie skomentował tego. Jedną dłonią przyciskał mnie do siebie, a drugą delikatnie gładził mokre włosy.
      - Będzie dobrze.

***

     Siedziałam na kanapie, trzymając w dłoni kubek z gorącym kakao i czekałam, aż Clement skończy rozmawiać przez telefon. Gdyby nie on i jego refleks prawdopodobnie by mnie tutaj teraz nie było.

     Będąc już na zewnątrz klubu, zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu jakiejś taksówki. Dostrzegłam jedną po drugiej stronie jezdni. Ruszyłam w tamtym kierunku, nie rozglądając się. Czego po chwili pożałowałam.
     To działo się zbyt szybko. Nie zdołałam nawet zrobić trzech kroków, gdy usłyszałam ostry pisk opon samochodu, który potrąciłby mnie, gdyby nie czyjaś ręka, która mnie w porę odciągnęła. W powietrzu rozbrzmiał głośny dźwięk klaksonu, który ranił moje uszy jeszcze bardziej niż głośna muzyka wewnątrz klubu.
     - Co ty robisz?! - uderzyło mnie mocne uczucie, że gdzieś już kiedyś słyszałam te słowa, w podobnej sytuacji.
     To był moment, w którym poznałam Jorge'a. To on skierował w moją stronę te same słowa. Na to wspomnienie łzy zaczęły szybciej toczyć się po mojej twarzy, chociaż nie sądziłam, że jest to możliwe. 
     - Przepraszam - wymamrotałam, nie przestając płakać.
     Mężczyzna, który mnie uratował, odwrócił mnie twarzą do siebie. Odgarnął włosy z twarzy i uniósł podbródek.
     -  Martina?

     - Martina? O czym myślisz? - zapytał, chowając telefon do kieszeni.
     - Chyba raczej o kim - poprawiłam.
     - Zadzwoń do niego.
     - To chyba nie jest najlepszy pomysł - burknęłam.
     - Zadzwoń do niego - powtórzył, podając mi mój telefon.
     Westchnęłam z rezygnacją i w kontaktach wyszukałam Jorge'a. Przed naciśnięciem słuchawki, zawahałam się. Co ja mam mu tak naprawdę powiedzieć? Tymczasem Clement widząc, że chcę zrezygnować z jego pomysłu, kliknął zadzwoń za mnie.
      Nie mogąc już tego cofnąć, przyłożyłam telefon do ucha. Po trzech sygnałach ktoś odebrał.
     - Halo?
    Ale to nie był mój ukochany.