20.05.2014

Rozdział XL - Spacer

    Już wróciłam do domu. Na całe szczęście. W szpitalu byłam cały tydzień. Pomimo tylu odwiedzin, strasznie się nudziłam. Wiecie jak to jest, kiedy nie można nigdzie iść, tylko trzeba przez cały czas leżeć? No właśnie. Żadnych książek, telefonu, kompletnie nic. Same się dziwię dlaczego nikt mnie w te przedmioty nie zaopatrzył, chociaż ich o to kilka razy prosiłam. Widocznie w ogóle mnie nie słuchają.
    Nikt nie wie, że nie wrócę do Studia. Prócz taty. Lecz to nie jest pewne, ponieważ może jednak pójdę, ale nie będę miała lekcji tańca. Ale zawsze coś. Pozostają mi lekcje śpiewu. Projektów też prawdopodobnie nie będę mogła wykonywać, bo w nich zwykle łączy się taniec ze śpiewem, a ja wszelki wysiłek fizyczny muszę ograniczyć do minimum.
    Między mną, a Leonem jest coraz lepiej. Z Jorge'm się zaprzyjaźniłam, co oczywiście denerwuje Leona. Gdyby nie ich wzajemna niechęć, byłoby idealnie. Oni obydwaj przebywali u mnie najdłużej. Nawet na moment mnie nie opuścili, nie licząc nocy oczywiście. Gdy odwiedziły mnie przyjaciółki, trzeba było ich wyciągać siłą.
    Zasiadłam przed fortepianem. Przejechałam palcami po klawiszach. Jak dobrze było je znowu czuć. Tak dawno nie grałam. Postanowiłam sprawdzić czy pamiętam jeszcze piosenkę, którą napisała moja ciocia, Angie. Na początku się myliłam, lecz później szło mi coraz lepiej. Zaczęłam śpiewać.

      Si te sientes perdido en ningun lado
     Viajando a tu mundo del pasado
     Si dices mi nombre yo te ire a buscar...
     Si crees que todo esta olvidado
     Que tu cielo azul esta nublado
     Si dices mi nombre voy a encontrar...

    Es tan fuerte lo que creo y siento
    Que ya nada detendra este momento
    El pasado es un recuerdo
    Y los suenos crecen siempre creceran

    Ya veras que algo se enciende de nuevo
    tiene sentido intentar
   cuando estamos  juntos
   algo se enciende de nuevo
   tiene sentido intentar
   cuando estamos juntos [...]

    Skończyłam. Usłyszałam czyjeś klaskanie. Odwróciła głowę. Ujrzałam tatę. Uśmiechnęłam się do niego.
    - Teraz dopiero zaczynam rozumieć ile dla ciebie znaczy muzyka - powiedział.
    Wzruszyłam się. Szybko do niego podbiegłam i przytuliłam. Pogłaskał mnie po plecach. Usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Poszłam otworzyć. Przyszedł Leon i Jorge. Umówiłam się z nimi na spacer. To znaczy oni mi kazali, ja tu nie miałam nic do gadania. Czemu z obydwoma? Sama nie wiem. Tak wyszło. Żaden z nich nie chciał mnie zostawić sam na sam z tym drugim.
     - Cześć - przywitałam się.
    Wtedy Leon wyprzedził Jorge i podszedł do mnie podając mi ramię. Posłał mi ten swój cudowny uśmiech. Również się uśmiechnęłam. Już miałam go pocałować, gdy usłyszałam chrząknięcie taty.
   - Co wy tu robicie? - zapytał mój tata.. Spojrzałam w jego stronę.
   - Zabierają mnie na spacer - odparłam.
   - Na spacer? Dobrze. Ale za godzinę masz być w domu. Angie przychodzi.
   - Będę - odpowiedziałam. Tata poszedł nas odprowadzić do drzwi. Wciąż bacznie obserwując chłopaków.
   Wyszliśmy. Nie było za ciepło. Wiał chłodny wiatr. Na niebie zagościły ciemne chmury. Zanosiło się na burzę.
   - To nie jest chyba dobry pomysł - powiedziałam nieprzekonana do naszej planowanej wyprawy,
   - Słyszałeś. Powiedziała, żebyś sobie poszedł.
   - Leon, ja nic takiego nie mówiłam.
   - Ale pomyślałaś - pokręciłam głową. Czasami doprowadzał mnie do szału. Teraz znów był ten moment.
   - Przestań - powiedziałam stanowczo. On na prawdę zaczynał mnie denerwować -  Pospieszcie się, bo nie chcę, żeby złapała nas burza.
   Posłuchali. Równym krokiem ruszyliśmy w stronę parku. Trzymałam Leona za rękę. Nie rozmawialiśmy. Moje myśli jednak zwróciła niepokojąca rzecz. Od dawna nie widziałam Diego'a. Ciekawe co się z nim dzieje? Nieważne. To nie mój problem.
    Doszliśmy już do parku. Nikogo tu nie było. Żadnych dorosłych, żadnych dzieci. Wiedziałam, że to nie najlepszy pomysł. Trochę tu strasznie. Huśtawki poruszane przez wiatr, przeraźliwie skrzypiały.
   - Chyba się nie boicie - powiedział wyzywająco Jorge. Znowu się zaczyna...
   - Nie, no co ty - odparł mój chłopak.
   Podeszliśmy do pierwszej ławki i na niej usiedliśmy. Coś w tym miejscu mnie niepokoiło, ale niewiedziałam  co. Siedzieliśmy w ciszy. Rozejrzałam się. I wtedy go zobaczyłam. Diego'a. Stał tam w towarzystwie dwóch kolegów. Widać było, że byli starsi i dobrze zbudowani. Leon spojrzał na mnie. Chyba zobaczył coś złego w moich oczach, bo podążył za moim wzrokiem. Słyszałam jak przełyka ślinę.
   - Widzę, że ty również znalazłaś sobie obstawę - powiedział szyderczo.
___________________
Nie będę się tutaj rozpisywać ;D
Nowy blog ;D
Jeśli przeczytaliście zostawcie komentarz.
4 komentarze = kolejny rozdział

14.05.2014

Rozdział XXXIX - Niespodziewana wizyta

       Violetta

 - Surprise!
   Co on tu robił?! Leon spojrzał na mnie. Widząc, że jestem równie zaskoczona jak on, złapał mnie za rękę.
   - Jorge? Co ty tu robisz? - zapytałam.
   - Maxi dzwonił i powiedział mi co się stało. Więc jestem - odparł.
   W pokoju zapanowała niezręczna cisza. W końcu Jorge nie pewnie do mnie podszedł i podarował malutkie czerwone pudełeczko. Wzięłam je od niego i otwarłam. W środku znajdowała się srebrna zawieszka w kształcie litery V.
    - Dziękuję.
    - Nie ma za co - uśmiechnął się - widzę, że między wami wszystko w porządku.
    - Tak. Tamto to było zwykłe nieporozumienie - tym razem głos zabrał mój chłopak.
    - Cieszę się - powiedział. Słychać jednak było w tym nutkę sarkazmu.
    - Coś ci się nie podoba? - zapytał Leon. Chciał wstać, lecz go przytrzymałam.
    Jorge udawał, że go nie słyszał.
    - Violetta, przepraszam za tamto - zaczął - nie wiem co we mnie wstąpiło. Już raz cię przepraszałem, ale czuję, że jednak mi nie wybaczyłaś.
    - No cóż. Skoro już się wszystko wyjaśniło i Leon już nie jest na mnie zły, to uważam, że możemy zostać przyjaciółmi.
    - Słyszałeś? Przyjaciółmi. Przeliterować ci to?
    - Nie musisz. Zrozumiałem.
    Jeszcze chwila i rzucą się sobie do gardła. Ścisnęłam Leona mocniej. Niechętnie odwrócił wzrok od Jorge'a i spojrzał na mnie. Odetchnął głęboko.
    - Idę po coś do picia - odparł - a ty spróbuj ją tknąć! - krzyknął w stronę chłopaka.
    Niechętnie wstał i wyszedł.
    - Nareszcie - odparł Jorge.
    Spojrzałam na niego pytająco.
    - No wiesz, możemy pobyć trochę sami - poruszył sugestywnie brwiami.
    - Jorge, zrozum, ja go kocham. I go nie zostawię, a już na pewno go nie zdradzę - powiedziałam szczerze.
    Nie chciałam, żeby sytuacja się powtórzyła. Drugi raz tego nie przeżyję. Już i tak mam dużo zmartwień związanych ze Studiem. A jeśli jeszcze stracę Leona... Nie. Nie stracę go. Nie tym razem.
     - Wiem - zrezygnowany spuścił głowę - to pewnie nie ucieszy cię wiadomość, że będę uczęszczał do waszego Studia.
 
       Leon


      Co za durny Jorge. Nienawidzę go! Po co on tu przyjechał? A zaczynało być tak dobrze. Przynajmniej pogodziłem się z Violettą. Niech wie kto tu rządzi. Dureń jeden.
     Po co wyszedłem z jej sali? A po to, żeby sobie porozmawiali na osobności. Tak wiem. Najpierw mówię, że mu nie ufam, a potem zostawiam ich samych. Ufam mojej dziewczynie. Podejrzewam, że mu wyjaśni co jest pomiędzy nami. A on zrozumie - może jednak nie zrozumie, bo jest zbyt tępy, ale pomarzyć można - że nie ma na co liczyć i wróci do swojego domu. Przynajmniej będzie spokój.
    Podszedłem do automatu. Wrzuciłem kilka drobnych i wybrałem sok pomarańczowy. Schyliłem się, aby go wyciągnąć. Gdy się podnosiłem, poczułem, że w kogoś uderzyłem.
image   - Przepraszam - wymamrotałem. Podniosłem głowę. Ujrzałem Larę. Szatynka ubrana była w znoszone dżinsy,  bluzę-bejsbolówkę, a na głowie miała zawiązaną czerwoną bandankę. Zmarszczyłem brwi.
   - Cześć. Co ty tu robisz?
   - To tak się witasz ze swoją przyjaciółką? - zaśmiała się - odwiedzam babcię. A ty tu czego szukasz?
   - Moja dziewczyna miała wypadek.
   - Przykro mi - powiedziała.
   - Ale z Violettą już jest lepiej.
   - Z Violettą? Twoją dziewczyną jest Violetta Castillo?
   - Tak, a co? - zapytałem podejrzliwie.
   - Słyszałam, że nie będzie już chodzić do Studia.
   - Co?! - wykrzyknąłem zszokowany. Jak to się mogło stać? Dlaczego nic mi nie powiedziała?! Może jeszcze nie wie...
   - Przepraszam, Lara, ale muszę już iść. Do zobaczenia - rzuciłem i szybko pobiegłem w stronę sali mojej ukochanej.
   To co powiedziała Lara, całkowicie mnie zaskoczyło. Nie mogłem w to uwierzyć. Czyżby było aż tak źle? Przecież tak nie wygląda. Miałem mętlik w głowie. Modliłem się, aby to nie było prawdą. Nie chciałem tego. Czy Violetta już wie? Chyba nie, bo inaczej byłaby załamana. Wiem, jak bardzo kocha Studio. To dla niej całe życia. Gdyby je straciła... Nawet nie chciałem o tym myśleć.
    Stanąłem pod jej drzwiami. Usłyszałem wypowiedź Jorge'a:
    -  to pewnie nie ucieszy cię wiadomość, że będę uczęszczał do waszego Studia.
    - Że co? - zapytałem. Jeszcze tego brakowało, aby ten dupek chodził z nami do Studia. To znaczy ze mną, bo nie wiadomo co z moją dziewczyną.
    Spojrzałem na nią. Wyglądała całkiem nieźle. Chyba nie wie. Na razie nie będę jej tym zamartwiał. Mrugnąłem do niej. Zarumieniła się. Jak ona słodko wygląda, gdy się rumieni.
    - Tak. Będę chodził z wami do szkoły - usłyszałem głos Jorge'a. Co? Ach tak... Zostaje tu.
    - Dlaczego?
    - Ponieważ, już mi się znudziła zwykła szkoła - powiedział, jak gdyby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
    - Jasne - prychnąłem. Zostaje tu, bo chce być bliżej Violetty. Ale ja, tym razem mu na to nie pozwolę.
________________________________
Macie tu kolejny badziew napisany przez Śliczną ;D
Dzisiaj trochę więcej dialogów :)
I myślałam nad epilogiem.
Zdecydowałam, że jednak go nie będzie.
Spodobała mi się na nowo ta historia ^^
Ale zastanawiam się czy nie założyć nowego bloga
Z tym, że nie byłby on o Violettcie
Drugiego wolałabym prowadzić o bohaterach Pamiętników Wampirów
Z tym, że żadnych nadnaturalnych rzeczy nie będzie.
Po prostu ci sami bohaterowie i tyle
Co o tym myślicie?

10.05.2014

Rozdział XXXVIII - Surprise

    Obudziłam się. Nie wiem ile spałam. Ale zgaduję, że bardzo długo. Usiadłam, po czym poprawiłam sobie poduszkę, tak by móc się oprzeć. Zauważyłam, że już nic mnie nie boli. To pewnie dzięki lekom. Spojrzałam na szafkę stojąco obok  mojego łóżka. Stał na niej wazon z różami. Delikatnie uniosłam kąciki ust. Ujrzałam karteczkę przypiętą do jednego z kwiatów. Było na niej moje imię. Otworzyłam ją.
                                          Wracaj szybko do zdrowia ;) ~Angie
     Była tutaj? A ja spałam. No ładnie. Odłożyłam karteczkę na szafkę. Wtedy przypomniałam sobie co powiedział lekarz tacie. Koniec ze Studiem. Nie przeżyję tego. Chyba nie ma aż tak ze mną źle. Prawda?
      Jak mogłam być taka głupia i dać się potrącić? Pokręciłam głową. Poczułam jak moje oczy wilgotnieją. Pojedyncza zła spłynęła mi po policzku. Usłyszałam czyjeś kroki. Szybko starłam łzę. Ujrzałam uchylające się drzwi. Stały w nich moje dwie najlepsze przyjaciółki. Francesca i Camila.
    - Cześć - powiedziały - Jak się czujesz?
    - Dobrze - uśmiechnęłam się - Co u was słychać?
    - Nic ciekawego. W Studiu smutno bez ciebie. Nie możemy się doczekać, kiedy wrócisz - posmutniałam, lecz nie dałam tego po sobie poznać. Nie wyprowadzałam ich z błędu. Lepiej będzie jeśli na razie nie będą nic wiedziały o tym, że nie wrócę.
     - Wiesz, my już musimy iść - powiedziała Francesca unikając mojego wzroku.
     - Co? Dlaczego? Nawet pięciu minut ze mną nie spędziłyście - powiedziałam z wyrzutem. Było mi smutno. Przecież dopiero co przyszły. Nie mogą sobie tak szybko iść.
     - Musimy jeszcze coś załatwić - tym razem Camila zabrała głos.
     - Viola... Ktoś czeka na korytarzu, tylko, że boi się tu wejść - powiedziała Francesca.
     - To powiedz mu żeby się nie bał i śmiało mnie odwiedził.
     - No dobrze... To do zobaczenia - podeszły do mnie i delikatnie wyściskały.
    Byłam ciekawa kto to taki. I dlaczego się bał? Przecież nie gryzę. Miałam nadzieję, że to był Leon. Jednak nie zapytałam dziewczyn czy to on. Nie chciałam później być rozczarowana. Bo co on by tu robił? Przecież dał mi jasno do zrozumienia, że nie chce mnie znać.
    Usłyszałam skrzypienie drzwi. Podniosłam wzrok. Moje domysły okazały się być trafne. Serce zaczęło mi szybciej bić. Na szczęście nie byłam podłączona już do żadnej aparatury, więc Leon niczego nie mógł zauważyć. Stał tam ze spuszczoną głową. Ręce trzymał za plecami. Powoli podszedł do mojego łóżka.
   - Cześć - wyszeptał - mogę usiąść? - skinęłam głową.
    Lecz za nim to uczynił, postawił malutkiego misia na szafce. Wzięłam go do ręki. Miał na brzuszku napisane I love you.  Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu.
   - Och Leon... - rozłożyłam ręce, a on usiadł bliżej i objął mnie. Byłam taka szczęśliwa. Mój chłopak wrócił.
   - Przepraszam - powiedział wciąż mnie do siebie tuląc - już nigdy nie każę ci odejść.
   Odsunął mnie delikatnie, po czym przycisnął swoje usta do moich. To był bardzo czuły pocałunek. Spojrzał mi w oczy.
   - Nie mogłem przestać o tobie myśleć. Zraniło mnie to, że tak mnie okłamałaś. Ale gdy się dowiedziałem co ci się stało... Widziałem, że mnie to już nie obchodzi. Liczysz się tylko ty. Kocham cię.
   Chciałabym, żeby ta chwila trwała wieczność. To było takie piękne. Bałam się, że zaraz się obudzę. To jednak nie był sen i bardzo się z tego powodu cieszyłam.
   - Ja ciebie też kocham - wyszeptałam.
   I wtedy zdarzyło się coś czego nikt nie mógł przewidzieć.
   - Surprise! - usłyszeliśmy. Spojrzałam w stronę drzwi. Leon podążył za moim wzrokiem. Obydwoje znieruchomieliśmy. Co on tu robi?
_________
Kolejny rozdział ;D
I w takim momencie koniec.
Domyślacie się kto to może być?

07.05.2014

One Shot "Przebacz"






"Nie byłoby na świecie miłości, 
gdyby obdarowywała sobą tylko tych, 
którzy na nią zasługują" ~ Karl Heinrich Waggerl


     W Buenos Aires znajduje się szpital. Na świecie jest ich pełno, więc dlaczego ten jest wyjątkowy? Nie tylko dlatego, że pracują w nim dobrzy i wspaniali lekarze dla których nie są ważne pieniądze, lecz pomoc bliźniemu. Ale również, bo wydarzyła się tu pewna piękna historia pokazująca, że prawdziwa miłość przetrwa wszystko. Nawet najgorszą zdradę. Gdy kogoś na prawdę kochamy, przebaczymy mu każdą rzecz. Nawet jeśli jest to trudne, boli, to jednak lepiej wybaczyć. Życie jest bowiem zbyt krótkie, by się na siebie gniewać... 
      Francesca skończyła właśnie swoją zmianę. Pochodziła z północnej części Włoch. Czarnowłosa kobieta była bardzo urodziwa. Miała figurę modelki - której mogła jej pozazdrościć niejedna dziewczyna - duże, czekoladowe oczy oraz nie za duże, ale pełne usta, obecnie pomalowane jasnoróżową szminką. Jej znajomi mówili, że stawała się piękniejsza z każdym rokiem. Miała na sobie ciemne dżinsy, bordowy podkoszulek i czarne trampki. Nie lubiła nosić szpilek. Przy jej stu osiemdziesięciu centymetrach wysokości czułaby się w nich jak olbrzym, byłaby zbyt widoczna, wyróżniająca się. A nie lubiła odstawać.  Nie zakładała również biżuterii. Nie musiała. Jej najpiękniejszą ozdobą był życzliwy uśmiech oraz dobre serce. Zawsze przyjaźnie do wszystkich nastawiona, czuła się szczególnie dobrze wśród starszych pacjentów. Lubiła słuchać historii o ich życiu. To była cała Francesca. 
    Włoszka szła właśnie do samochodu. Czekał już tam na nią jej mąż - Diego. Z pochodzenia był Hiszpanem. Wysoki, opalony, dobrze zbudowany mężczyzna również był lekarzem. Nie zawsze miłym, ale porządnym. Jego największą wadą było to, że lubił się kłócić, czym często przysparzał sobie wiele kłopotów. 
     - Jak ci minął dzień, kochanie? - zapytała męża.
     - Dobrze - jego głos delikatnie zadrżał. Kobieta czuła, że coś było z nim nie tak. Zauważyła, że trzęsą mu się ręce.
     - Czy aby wszystko w porządku?
     - W jak najlepszym.
    I na tym się skończyło. Dalej jechali w ciszy. 
    - Francesca, musimy pogadać - zaczął Diego, gdy znaleźli się już w domu. Zaniepokoił ją jego ton. 
    - Tak?
    - Słuchaj ja już dłużej tak nie mogę. Obiecałem Violettcie, że się nie wygadam. Ale ja... Muszę ci powiedzieć! Nie mogę cię ciągle okłamywać!
    - No to mów - poprosiła.
    - Ja... ja cię zdradziłem. Z Violettą. Nie wiem jak to się stało... Miałem wtedy nocny dyżur. Siedziałem w gabinecie, gdy nagle weszła do niego Viola. Płakała. Mówiła, że chłopak ją rzucił. Podszedłem do niej, powiedziałem żeby się uspokoiła. I wtedy uniosła głowę. Wyglądała tak niewinnie. Musiałem... musiałem ją pocałować. Potem było coraz gorzej. Nie będę ci opowiadał szczegółów. Przepraszam.
     Francescę zatkało. Nie wiedziała co powiedzieć. Tragały nią sprzeczne emocje. Z jednej strony miała ochotę płakać, przytulić się do niego, wybaczyć, z drugiej uderzyć go i uciec. Uciec od niego jak najdalej tylko się da.
     - Zdradziłeś mnie - powtórzyła tępo.     
     - Francesca? - zapytał. Był już coraz bardziej zdenerwowany. Teraz nie tylko trzęsły mu się ręce. Cały się trząsł. Ze strachu jak ona może zareagować.
     - Zdradziłeś mnie... - szepnęła - zdradziłeś mnie z moją najlepszą przyjaciółką... - powiedziała z wyrzutem. Tym razem już głośniej - Ty... - już miała go uderzyć, jednak zdecydowała się  opuścić rękę, która znajdowała się już w powietrzu. Pokręciła głową - Nie ja tak nie mogę. Wracam do rodziców. 

     - Nie - złapał ją za rękę. Drgnęła. Odsunęła go delikatnie, popatrzyła mu w oczy, pokręciła smutno głową i poszła się pakować. Miała tego wszystkiego dość. Gdy tylko zniknęła w sypialni Diego usiadł na sofie, ukrył twarz w dłoniach i płakał. Płakał tak długo, że nie zauważył jak jego żona wychodzi. Gdy smutek przeszedł zastąpił go gniew. Wstał. Podszedł do komody, podniósł doniczkę z kwiatkami i rzucił nią w podłogę. Nieco mu ulżyło. Chciał zniszczyć więcej rzeczy, jednak wiedział, że to nic nie pomorze. Nie sprzątając, pomaszerował do sypialni. Trzasnął wściekle drzwiami i podszedł do szafki z płytami CD. Wyciągnął pierwszą lepszą i włożył do odtwarzacza. Zabrał pilot do niego i powlókł się do łóżka. Rozłożył się na nim, wcisnął przycisk "play" i podkręcił głośność tak, że hałas ranił mu uszy. Zamknął oczy. Całą swoją uwagę skoncentrował na muzyce. Skupił się nie tekście piosenek. Podziałało. Wsłuchany w głośny łomot, nie myślał o niczym innym, i o to właśnie chodziło. Leżał tak i leżał, zaczął już nawet bezbłędnie wtórować wokaliście. Przesłuchał całą płytę co najmniej cztery razy. W końcu zmorzył go sen.
      W tym czasie Francesca była już u rodziców. Przyjęli ją do siebie z otwartymi ramionami. Podobnie jak ich córka byli bardzo ciepli w stosunku do innych. Matka nigdy nie pracowała, cały czas zajmowała się domem raz dwójką dzieci. Francesca miała bowiem brata, Lukę. Był on od niej trzy lata starszy. Miał swój własny bar we Włoszech. Mieszkał tam ze swoją żoną oraz ślicznym, dwuletnim synkiem. Natomiast ojciec dziewczyny kiedyś pracował jako lekarz. To właśnie dlatego jego córka wybrała ten zawód. Poszła w ślady ojca. Oboje bardzo kochają swoją pracę. Są ze sobą bardzo zżyci. Ale nie tylko łączą ich wspólne zainteresowania. Otóż dziewczyna jest kopią swojego ojca. Po matce odziedziczyła jedynie kolor oczu.
     Gdy zobaczyli Fran całą we łzach mocno ją przytulili. Stali tak dodając jej otuchy. Po chwili dziewczyna odsunęła się od nich, uśmiechnęła się smutno i poszła do swojego dawnego pokoju. Jak ona dawno tam nie była. Nic się nie zmieniło. Drewniana podłoga, bladoróżowe ściany, spadzisty sufit, kilka najpotrzebniejszych mebli m.in. szafa, biurko i łóżko stały w tym samym miejscu. Wszystko to przywoływało wspomnienia. Zmęczona tym wszystkim, położyła torbę obok szafy i powlokła się do łóżka. Położyła się na nim i opatuliła szczelnie kołdrą. Poczuła jak kilka pojedynczych łez spływa po jej twarzy. Nigdy nie czuła się gorzej, niż dzisiaj. Czuła się zraniona. Najgorsze jest to, że zraniła ją osoba, którą tak kochała. Nie myślała o niczym innym, jak o wspólnych chwilach spędzonych z nim. Tak bardzo pragnęła się teraz obudzić. Jednak to nie był sen. Była to smutna rzeczywistość. Z przykrością stwierdziła, że to koniec. Koniec miłości. Koniec jej życia. 
     Następnego dnia Diego siedział w swoim gabinecie. Był tak zajęty, że nie zauważył jak jego przyjaciel usiadł przed nim.
     - Mam do ciebie sprawę - zaczął.
    Diego wzdrygnął się. Leon go troszkę przestraszył. Spojrzał znad papierów.
    - Tak?
    - Mam wyjechać do Afganistanu na misję lekarską. No wiesz... Będę zajmował się rannymi. Ale niestety moja mama nagle zachorowała. Niewiele jej zostało... - zająkał się - chciałbym spędzić te ostatnie chwile jej życia razem z nią. Ale żeby tu zostać muszę znaleźć zastępstwo. To pojedziesz za mnie? Zrozumiem jeśli się nie zgodzisz. W końcu masz żonę...
    - Zgadzam się - przerwał mu.
    - Na prawdę? - zapytał z nadzieją w oczach.
    - Tak - uradowany Leon podbiegł do przyjaciele i go wyściskał - to ja biegnę wszystko pozałatwiać. Cześć - wybiegł z gabinetu pozostawiając Diego'a samego. 
    Czy dobrze zrobił zgadzając się na propozycję przyjaciela? On uważa, że tak. Już nie ma nikogo, kto by mógł się o niego martwić, wiec co ma do stracenia? Nic. No właśnie. Nikt nie będzie za nim tęsknił.

**Kilka miesięcy później

     Gdy Francesca dowiedziała się o wyjeździe Diego'a była zrozpaczona. Nie mogła zrozumieć dlaczego wyjechał. Przecież mógł zginąć. Za wszystko obwiniała siebie. Gdyby tylko go zatrzymała, przebaczyła mu, on nadal by tu był. Cały i zdrowy. Tak jednak nie jest. Nie ma go. Nikt nie wie co się z nim dzieje. Co noc dziewczyna modli się, żeby tylko wrócił żywy. Nie może dopuścić do siebie myśli, że go zabraknie. Dopiero teraz zrozumiała jaki on jest dla niej ważny. Mówi się, że odległość to najlepsza próba miłości. Według Fran jej miłość do tego mężczyzna zwyciężyła tą próbę. Tak bardzo za nim tęskni, że nie może wyobrazić sobie dalszego życia bez niego. Kiedyś nie oglądała wiadomości. Teraz robi to co wieczór, sprawdzając czy aby nie ma o nim choćby najmniejszej wzmianki. Do tej pory nie było. Cieszyła się z tego. To znaczy, że nadal żyje.
     W szpitalu jest wszystko po staremu. Oprócz faktu, że już nie odzywa się do Violetty. Zerwała z nią wszelkie kontakty. Nie chce już mieć z nią do czynienia. Dopiero teraz zaczynają dochodzić do niej plotki, iż dziewczyna przespała się z większością facetów z personelu. Francesca się nią brzydzi. Chociaż boli ją, że osoba, którą miała za niemalże siostrę tak ją zraniła, cieszy się, że wyszło jak wyszło. Nie wie co by było gdyby żyła nadal w niewiedzy. Na całe szczęście nikt nie wie o zdradzie Diego'a. Widocznie Viola nie pisnęła ani słówka. Przynajmniej to oszczędzi włoszce przykrości. 
     Francesca biegła właśnie do windy. Spieszyła się na poranny obchód szpitala. Razem z nią w windzie stały dwie pielęgniarki, prowadzące niezwykle ożywioną konwersację. 
     - Przywieźli go dzisiaj rano. Słyszałam, że został postrzelony w lewą nogę.
     - Niewielu wie kim on jest, przez cały czas chodzi w kapturze, zasłaniającym całą jego twarz. 
     - Podobno jest niemową. 
    Drzwi windy otwarły się na piętrze na którym miała wysiądź. Kobiety zaciekawiły ją. Chciała poznać tego tajemniczego pacjenta. Pierwszy raz od kilku miesięcy była zainteresowana życiem w szpitalu. Postanowiła, że po obchodzie spotka się z Camilą. Ona jest największą plotkarą, wie wszystko. Czarnowłosa zaśmiała się pod nosem. Mimo to, lubiła Camilę. Miała piękne, falujące kasztanowe włosy, nieco okrąglejsze kształty i miły głos. Dziewczyna stała się jej nową przyjaciółką. Poznała ją zaraz po wyjeździe Diego'a. To ona była przyczyną tego, że Francesca się w sobie całkowicie nie zamknęła.
      Gdy skończyła obchód udała się do szpitalnej kawiarni. O tej porze nie powinno tam być tłoku. Nie myliła się. Zamówiła kawę i usiadła przy stoliku pod oknem. Upiła pierwszy łyk, gdy dziewczyna dosłownie wparowała do pomieszczenia. Ujrzała przyjaciółkę i szybko do niej podbiegła.
     - Mam nową plotkę - powiedziała z uśmiechem. Ona to nie ma się z czego cieszyć. Francesca zaśmiała się.
     - Czy chodzi ci może o tajemniczego pacjenta? 
     - To ty już wiesz? - upewniła się zrezygnowana - jak dużo?
    Włoszka przekazała jej kilka informacji usłyszanych od pielęgniarek. Okazało się, że właściwie to wszystko.
     - Mogę jedynie dodać, że podobno był już u co najmniej dziesięciu psychologów i żaden mu nie pomógł.
    Francesca zastanowiła się na chwilę. Coś nie dawało jej spokoju. Postrzelona noga. Prawdopodobnie był na wojnie. 
     - Diego - wymówiła szeptem. Momentalnie zbladła. Przeprosiła przyjaciółkę i czym prędzej pobiegła upewnić się czy się nie myliła. Musiała spotkać się z tym pacjentem jak najszybciej. Nie wiedziała jednak w które sali się znajduje, więc najpierw musi zahaczyć o recepcję. Wielkimi krokami powoli zbliżała się do windy. Przycisnęła guzik. Nie mogąc się uspokoić przez cały czas stukała butem. Gdy drzwi się wreszcie otwarły stanęła jak wryta. Przed sobą ujrzała człowieka, którego szukała. Mimo, iż siedział ze spuszczoną głową. Rozpoznała go. To był jej Diego. Żywy. Zauważyła, że strasznie schudł. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to on.
     Mężczyzna uniósł głowę. To co zobaczył całkowicie go zaskoczyło. Ujrzał najpiękniejszą kobietę pod słońcem. Nie było dnia, żeby o niej nie myślał. Przez cały ten czas będąc w Afganistanie wspominał jej uśmiech. To on trzymał go przy życiu. Nie odzywał się do nikogo, tylko dlatego, że bał się, iż się rozpłacze. Jedno słowo mogło rozdrapać wszystkie rany, które tak niedawno zostały zabliźnione. Nie chciał tego. Ból wróciłby wtedy ze zdwojoną siłą. A wtedy już nie tylko byłby tu z postrzeloną nogą. Być może, byłby tu nieżywy. Nie zobaczyłby tej pięknej istoty wpatrującej się w niego tymi niesamowitymi, czekoladowymi oczami. Spoglądał na nią oczarowany, wręcz zahipnotyzowany. Jego zachwytu nie tłumił nawet straszliwy ból w nodze. Te kilka miesięcy rozłąki okazało się nic dla niego nie znaczyć. Nie dbał o to, czy będzie go chciała. Musiał jeszcze raz ją dotknąć. Choćby miałby to być ostatni raz. Był gotowy zrobić dla niej wszystko, nawet poświęcić własne życie. Nie zważając, na nogę wstał z wózka i mimo protestów pielęgniarki wolnym krokiem ruszył w stronę żony. Wyciągnął drżącą rękę w jej stronę Delikatnie pogłaskał ją po policzku. Czuł się świetnie. Nareszcie, jego rany się zagoiły, jego organy wróciły na swoje miejsce. Płuca wypełniały się energicznie powietrzem przesyconym słodką wonią jej perfum. Serce biło mu jak oszalałe. Był wyleczony. Lepiej - przysiągłby, że nigdy nic mu nie dolegało. 
    - Diego... - wyszeptała. Pojedyncza łza wypłynęła z jej oka. Starł ją koniuszkiem palca. 
    - Tęskniłem za tobą - zamknąwszy oczy, przycisnął wargi do jej skroni. Poczuł jak jej ramiona go oplatają. On również ją objął. Teraz już płakali oboje. 
    - Wybaczam ci. Już dłużej nie zniosę tej rozłąki - wyjąkała.
    - Kocham cię - powiedział. Wierzyła mu. Widziała to w jego oczach. Uśmiechnęła się.
    - Ja ciebie... - nie zdążyła dokończyć, bo przerwał jej namiętnym pocałunkiem.

                                                                   *
"Chcesz być szczęśliwy przez chwilę? Zemścij się. 
Chcesz być szczęśliwy na zawsze? Przebacz." ~Henri Lacordaire

_____
One Shot napisany na konkurs u Kathriny ;D
Mój badziew zdobył 3 miejsce xD
Dziękuję ♥
Chociaż uważam, że to za wysokie miejsce ;)